Strony

środa, 24 maja 2017

ANNA WYSZKONI. PODOBNO JEST TU NOWA...


Za nami kolejny, koncertowy weekend. Nie pierwszy raz z przyjemnością pojawiłem się na koncercie Anny Wyszkoni, za to po raz pierwszy pojechałem z ogromną ciekawością, jak na scenie sprawdzi się nowy materiał z trzeciej już, solowej płyty Ani zatytułowanej "Jestem tu nowa". Tym razem znów się nie zawiodłem...

Już od ponad dwudziestu lat Ania Wyszkoni zachwyca publiczność swoim delikatnym, ale z drugiej strony charakternym, niepowtarzalnym i drapieżnym głosem. Jej różnorodność i wszechstronność artystyczna jest moim zdaniem pewnego rodzaju fenomenem. Na początku kariery mogliśmy poznać ją jako zbuntowaną i mroczną wokalistkę zespołu Łzy, która potrafiła okiełznać pięciu chopów ze Ślunska, chwilę później jako finezyjną i kruchą kobietę, dla której miłość (choć czasem bolesna) jest najważniejszym uczuciem dla którego można poświęcić siebie w całości. A teraz? Teraz nadszedł jej czas. Dojrzała, po przejściach, silna, odważna... Ona jest tu nowa i właśnie tym zaskakuje słuchaczy. Wszystkie te etapy udało się połączyć w koncert 20/20, który jest esencją dwudziestoletniej działalności artystycznej. Tego wieczoru zapukaliśmy do drzwi Agnieszki, która już dawno tutaj nie mieszka, daliśmy "Szansę" na przedłużenie dźwięku samotności, poukładaliśmy w całość siebie nawzajem , oszukaliśmy los głośno śmiejąc mu się w twarz i szeroko zamykaliśmy oczy ucząc się na pamięć tych, którzy są głęboko w naszych sercach i umysłach. To tylko kilka mocnych akcentów tego koncertu. Osobiście ubolewam nad tym, że od tylu długich lat nie mogę usłyszeć na żywo utworu "Aniele mój" dla którego oddałbym duszę diabłu (ubóstwiam ten numer! Krąży wokół niego jakaś aura. Nie potrafię wyjaśnić jaka). Prócz doskonałych tekstów, znakomitej oprawy muzycznej, interpretacji, pirotechniki i kreacji Ani, na wielkim telebimie pojawiają się wyjątkowe i osobiste wizualizacje. Artystka zaprasza widzów do swojego prywatnego świata. To bardzo cenne, uczciwe i prawdziwe w dzisiejszym, zabieganym i wykreowanym świecie... 


fot.maciej zielinski