poniedziałek, 22 października 2012

CZAS ZAWRÓCIŁ BIEG...- WYWIAD Z ANIĄ RUSOWICZ!


Ania Rusowicz – to ona dzięki urodzie i pięknemu głosowi przypomniała nam o swojej mamie – Adzie, której przygoda z życiem zakończyła się w jednej chwili. Na debiutanckiej płycie zatytułowanej „Mój big-bit” zamieściła 6 premierowych utworów, oraz 6 tych doskonale znanych – swojej mamy, lecz nieco zapomnianych. Spotkałem się z Anią po jednym z jej koncertów w górach karkonoskich. Podczas naszego spotkania opowiedziała mi co jej w duszy gra. Wróciliśmy, na chwilę do przeszłości, porozmawialiśmy o planach na najbliższą przyszłość. Jej historia do najłatwiejszych nie należy, lecz z pewnością jest bardzo tajemnicza i intrygująca. Dziś nie jest zagubiona, dokładnie wie czego chce, z niesamowitym i hipnotyzującym uśmiechem na twarzy idzie przez życie. To właśnie ten uśmiech zainteresował mnie najbardziej…




Maciej ZielinskiO czym marzyłaś tworząc płytę pt. „Mój Big-bit”? Co było inspiracją i co chciałaś przez nią wyrazić?

Ania Rusowicz: Właściwie w moim życiu wydarzyło się coś niezwykłego, dlatego, że przez dziesięć lat pracowałam na to, żeby osiągnąć coś muzycznie.  Na początku był zespół Dezire, później próbowałam różnych stylów, w różnych konstelacjach, z zupełnie innymi ludźmi.  Kiedy rozpoczęłam nagrywanie płyty pt. „Mój Big-bit” wyrzekłam się własnych marzeń, bo robiłam to dla kogoś. Ta płyta powstała w hołdzie dla mojej mamy i dlatego przestałam do niej podchodzić  interesownie, nawet nie myślałam w tym momencie o sobie. Być może to jest przepis na to, żeby zrobić coś, nie robiąc nic… tzn. mieć takie poczucie. Myślę, że powinniśmy czynić dobro, nie czyniąc zła i robić to tak, żeby nikt tego nie zauważał. Płyta, którą stworzyłam była swego rodzaju wybuchem na rynku muzycznym. Nikt nie wierzył, że tym albumem coś zdziałam. Sama też nie wierzyłam, że zostanie on tak ciepło przyjęty przez słuchaczy. Akurat tak chciał los, że wróciła moda na lata 60’te, 70’te, i to wypaliło. Dziwiłam się, dlaczego w Polsce nikt wcześniej nie wykorzystał tego stylu, bo przecież tak naprawdę podstawą muzyki rozrywkowej w naszym kraju jest właśnie muzyka lat 60tych – Niemien, czy Czerwone Gitary. Uważam, że to jest nasz korzeń. Okazało się, że ludzie strasznie za tym tęsknili.  Ja oczywiście nie śpiewam big- bitu w taki sposób, jak tworzyli go w tamtych czasach,  tworzę bardziej neo-big-bit, inspirowany  współczesnością. W latach 60tych grali tę muzykę bardzo grzecznie, ja dodaję dość dużo rock’n’rolla, przez co mogę śmiało stwierdzić, że jest to po prostu mój big bit. Nie znam przepisu na sukces, pewne rzeczy robiłam intuicyjnie. Wyszło tak jak wyszło i tak miało wyjść, jestem z tego bardzo zadowolona.

Czujesz, tworząc muzykę, że Twoja mama rozpoczęła pewien etap muzyczny byś ty mogła go dokończyć?


Wiele osób podsuwa mi taką myśl. Sądzę, że jeśli pewna energia tutaj na ziemi została kiedyś przerwana w sposób bliżej nieuzasadniony, nieusprawiedliwiony to może tak faktycznie jest. Nic w przyrodzie nie ginie, istnieje zasada zachowania energii. Tego co się z nami stanie, dowiemy się po tym jak już nas nie będzie, sama też jestem tego bardzo ciekawa. Nurtuje mnie ta tajemnica. Życie polega na tym, żeby przeżyć je najlepiej jak się potrafi, trzeba być szczęśliwym, korzystać z tego, co daje nam świat, bo tak naprawdę nie wiemy co będzie jutro. Musimy wykorzystać swoją szansę. Ja czuję, że ją dostałam i staram się ją wykorzystać tak, jak najlepiej potrafię.

Skąd pomysł, by podjąć studia na wydziale  medycyny, a później psychologii? Przecież mało ma to wspólnego z twoją muzyczną duszą, to raczej odwrotność tego, co dzieje się na scenie. Większa samozachowawczość, odpowiedzialność


Byłam wychowywana przez lekarza – mojego wujka, w małym miasteczku Dzierzgoń. Wujostwo nie potrafiło mi pomóc muzycznie, bo sami nie są muzykami. Nie potrafili mnie ukierunkować, powiedzieć: „posłuchaj, ty powinnaś śpiewać, grać’”. Wujek ze względu na swój zawód przekazał mi to, co umiał najlepiej. Stwierdził, że może zainteresuje mnie medycyna. W pewnym stopniu tak się stało, ponieważ  jest bardzo ciekawą dziedziną. Skończyłam psychologię i muszę przyznać, że nie jestem lekarzem, ani farmaceutą, ale myślę, że jestem pewnego rodzaju lekarzem dusz, bądź pośrednikiem, leczę ludzi oraz samą siebie muzycznie. Wspieram się muzyką, a ta z lat 60tych, 70tych jest wyjątkowym okresem w muzyce rozrywkowej na całym świecie. Był on bogaty w zespoły, oraz barwne ptaki, takie jak Janis Joplin. Nigdy później nie wydarzyło się tak wiele jak w okresie ruchu hipisowskiego, dzieci kwiaty. To jest też opowiedz na pewne pragnienia i potrzeby ludzi, bo być może istnieje cykl, który jest powtarzalny. Kiedyś ludzie występowali przeciwko wojnom, zwracano uwagę na takie wartości jak miłość, przyjaźń, braterstwo, pokój i mam wrażenie, że dzisiaj się o tym przestało mówić, zapomniano o tym.  Może nadszedł znów taki zwrot, który wiąże się z latami 60tymi, 70tymi? Z tym okresem wiąże się również pewna ideologia.  Wierzę głęboko w to, że człowiek pragnie kochać i być kochany. To odwieczna prawda, o której warto ludziom przypominać. Wydaje mi się, że czasem o tym zapominają… Zapominają o tym, co jest tak naprawdę najprostsze, a zarazem najważniejsze…

Skąd fascynacja akurat klimatem big bit-owym, vintage-owym brzmieniem? Jest to podróż sentymentalna do czasów dzieciństwa, do wspomnień o mamie? Od zawsze grała w twoim sercu muzyka?


Wiesz co, okazuje się, że od zawsze grała mi w sercu muzyka, właśnie lat 60tych, 70tych, ponieważ sama z takiego domu pochodziłam. Pamiętam jak rodzice włączali płytę winylową,  puszczali taśmy z magnetowidu. Nie byłam całkiem oderwana, 7-letnie dziecko coś kojarzy i pamięta, więc ta miłość do muzyki została we mnie niewątpliwie zaszczepiona. Natomiast później to chyba wyniknęło z pewnego rodzaju buntu, niezgody, że zostałam sama i muszę się  z pewnymi rzeczami zmagać, a inne dzieciaki nie musiały. Ja też chciałam mieć mamę i chciałam normalne żyć. Moje życie wyglądało trochę inaczej, musiałam więcej rzeczy nadrobić, więcej zrozumieć, ale wyszłam na prostą. Drogę miałam krętą, ale poradziłam sobie, wróciłam na odpowiednie tory.

Co czułaś po wręczeniu tegorocznych Fryderyków, na których byłaś niekwestionowaną zwyciężczynią?


Sama nie wiem co wtedy czułam… To była mieszanka wybuchowa, długo po tym nie mogłam dojść do siebie. Ta chwila była magicznym i niesamowitym odczuciem, ponieważ dochodziłam do tego wszystkiego dość długo. Już naprawdę myślałam, że sobie odpuszczę i rozkręcę jakąś firmę, pójdę do normalnej pracy, może w ten sposób zacznę się realizować i przyniesie to namacalne efekty. W najmniej spodziewanym momencie wszystko wypaliło, cała moja praca nad płytą została doceniona i nagrodzona Fryderykami. Powiem Ci szczerze, że ludzie nie wierzą w magię życia, nie potrafią wyobrazić sobie, że z beznadziejnej sytuacji może się wszystko totalnie odwrócić. To jest właśnie życie, które jest niesamowite. Mogą się zdarzyć takie historie, które nagle odmienią nasz los, dostaniemy propozycję, na którą czekamy z nadzieją, będziemy siedzieli w domu załamani, bezsilni, bo cały świat jest nastawiony przeciwko nam, wydarzy się coś złego, a w jednej chwili nasza obecna sytuacja zostanie odczarowana. Kilka dni temu jadąc na koncert  zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, w pobliżu błąkał się porzucony i przestraszony pies. Przygarnęłam go, bez chwili wahania. Moja przyjaciółka powiedziała, że Johny wygrał los na loterii, że znajda nie miała szans na przetrwanie, a jednak nasze ścieżki się ze sobą zeszły. Myślę, że wiele innych ludzi pomyślałoby sobie, po co mi ten zwierzak, przygarnie go ktoś inny. Niedługo po tym zadzwoniła do mnie któraś z dalszych znajomych i stwierdziła, że niepotrzebna mi jakaś znajda, zasugerowała, że może powinnam kupić sobie jakiegoś świetnego psa, bo teraz to jestem artystką na poziomie. Nie rozmawiałyśmy wtedy zbyt długo, wiadomo dlaczego. Ja sądzę, że powinno być właśnie na odwrót, ponieważ jeśli mam warunki na to, by pomóc innej istocie, to robię to, bez chwili namysłu. Może właściwa jest wiara w reinkarnację i w naszym następnym życiu będziemy psami czy kotami, dlatego powinniśmy żyć wszyscy w wielkiej komitywie i jedności, przynajmniej ja tak uważam. Każdy z nas jest wyjątkową jednostką i zasługuje na szacunek, ale nie zapominajmy o tym, że razem tworzymy całość, pewien system, który jeśli nie współgra ze sobą, to rodzi się duże nieszczęście na świecie.

Skąd wziął się tak sławny ruch sceniczny Ani Rusowicz, który towarzyszy tobie w momencie, gdy zaczyna rozbrzmiewać muzyka? Powstał on na potrzeby koncertów, by wkomponować się w ich klimat?


Znikąd. On taki jest. On po prostu taki jest…

Jest już pomysł na kolejny krążek? Istnieją jakieś zarysy, marzenia dotyczące dalszej ścieżki muzycznej?


Tak. Jest już większość piosenek, powstały fajne teksty. Nadchodząca płyta będzie się troszeczkę różniła od poprzedniej. Powiem Ci szczerze, że nie zamierzam oszukiwać ludzi i nagrywać teraz albumu w innym klimacie, np. electro, to nie jest moim celem. To, co robię i tworzę jest jak najbardziej serio i na poważnie.

Na Twoim przedramieniu dostrzegłem dość trudny do odczytania tatuaż. Symbolizuje coś konkretnego?


Tak, to jest moja osobista wyspa szczęścia. Na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale przedstawia on fale, słońce i morze. Zawsze w chwilach słabości, bezsilności i smutku udaję się na moją „wyspę wiecznej szczęśliwości”.

Jaki jest twój sposób na relaks? Gdzie najchętniej spędzasz czas między koncertami i nagraniami w studiu, i co najchętniej w tych momentach robisz?


Bardzo różnie. Często jest tak, że nie mam koncepcji na odpoczynek, ponieważ jest mało czasu i muszę szybko, a zarazem efektownie korzystać z wolnej chwili. Mieszkając w Warszawie uwielbiam to, że miasto daje mi dużo możliwości –  mam ochotę pójść na masaż tajski, to na niego idę, chciałabym odprężyć się w parku, na rowerze, to wsiadam na ten rower i jadę. Jak na razie, to mam pojedyncze momenty na to, żeby wykorzystać czas na wypoczynek. Istnieje ciche marzenie, żeby wybrać się w listopadzie, albo w grudniu na dłuższy odpoczynek, ale jeszcze nie wiem gdzie to będzie. Natomiast najszybciej relaksuję się w sposób taki, że włączam w swoim domu jakąś starą płytę winylową, biorę do ręki dobrą książkę, jakaś biografia Hendrix ‘a, a niebawem ukaże się Lennon ‘a, włączam sobie muzyczkę, zapalam fajną świeczkę. Nie muszą być to wygórowane wymagania, naprawdę. Najważniejsze, by znaleźć spokój wewnętrzny, wyciszyć się.

Jak poradziłaś sobie z przykrą sytuacją, która zaistniała na początku stycznia 91 roku? Kiedy w jednym momencie najważniejsza i najbliższa osoba – mowa tu o twojej mamie, odchodzi, a ojciec odwraca się, milczy, staje się obojętny?


Wiesz, ja sobie z tym nie poradziłam, ponieważ z takimi rzeczami nie można sobie poradzić. Można nauczyć się z tym żyć, warto nauczyć się z tym żyć, warto wybaczyć, ale jest to bardzo trudne… Trzeba próbować też z myślą o sobie, jeżeli ktoś miał ciężkie dzieciństwo. Kiedyś usłyszałam, że ryzykuję opowiadając o swoim życiu, lecz tak naprawdę powiedziałam tylko o pewnych faktach, bo akurat tak wygląda moje życie, więc dlaczego mam się go wstydzić? Straciłam mamę, nie wychowywał mnie ojciec, takie są fakty. Ludzie mogą być zbulwersowani, ponieważ nie jest to naturalna sytuacja, że takie rzeczy się zdarzają. Natomiast wydaje mi się, że mnóstwo ludzi ma innego rodzaju problemy, to są ich osobiste tragedie. Ktoś może mieć ojca alkoholika, ciężką sytuację w domu i wydaje mi się, że w każdej tego typu sytuacji warto wziąć sprawy w swoje ręce i pomóc sobie- skorzystać z terapii, zainwestować w siebie. Wiele osób sądzi, że terapia jest dla chorych, myślą- „przecież ja nie jestem świrem”. Trzeba to zrobić dla siebie, wyłącznie ze zdrowego egoizmu.

Wiele przeszłaś, raz było lepiej, wszystko dobrze się układało, innym razem gorzej, świat walił się na głowę i brutalnie dotykał najczulszych aspektów życia. Co dla tak doświadczonej kobiety jest teraz najważniejsze?


Dla każdej doświadczonej, jak i niedoświadczonej kobiety zawsze najważniejsza jest i będzie miłość.

Zmieniłabyś coś w swoim życiu, bądź powtórzyła chwilę, która trwa w twej pamięci do tej pory?

Wolę nie myśleć nad tym, czy chciałabym coś powtórzyć, czy też nie.  Myślę, że nie warto. Życie toczy się dalej, może też nie trzeba wybiegać w zbyt daleką przyszłość? Trzeba żyć tu i teraz, skupić się na swoich potrzebach, być przy sobie, przy swoich uczuciach, swoich emocjach, bo wtedy jesteśmy innymi ludźmi.  Jeśli  rozumiemy własne uczucia, to potrafimy też zrozumieć uczucia innych…


WYWIAD OPUBLIKOWANO NA PORTALU: COOLTURALNI24.PL