poniedziałek, 22 października 2012

CZAS ZAWRÓCIŁ BIEG...- WYWIAD Z ANIĄ RUSOWICZ!


Ania Rusowicz – to ona dzięki urodzie i pięknemu głosowi przypomniała nam o swojej mamie – Adzie, której przygoda z życiem zakończyła się w jednej chwili. Na debiutanckiej płycie zatytułowanej „Mój big-bit” zamieściła 6 premierowych utworów, oraz 6 tych doskonale znanych – swojej mamy, lecz nieco zapomnianych. Spotkałem się z Anią po jednym z jej koncertów w górach karkonoskich. Podczas naszego spotkania opowiedziała mi co jej w duszy gra. Wróciliśmy, na chwilę do przeszłości, porozmawialiśmy o planach na najbliższą przyszłość. Jej historia do najłatwiejszych nie należy, lecz z pewnością jest bardzo tajemnicza i intrygująca. Dziś nie jest zagubiona, dokładnie wie czego chce, z niesamowitym i hipnotyzującym uśmiechem na twarzy idzie przez życie. To właśnie ten uśmiech zainteresował mnie najbardziej…




Maciej ZielinskiO czym marzyłaś tworząc płytę pt. „Mój Big-bit”? Co było inspiracją i co chciałaś przez nią wyrazić?

Ania Rusowicz: Właściwie w moim życiu wydarzyło się coś niezwykłego, dlatego, że przez dziesięć lat pracowałam na to, żeby osiągnąć coś muzycznie.  Na początku był zespół Dezire, później próbowałam różnych stylów, w różnych konstelacjach, z zupełnie innymi ludźmi.  Kiedy rozpoczęłam nagrywanie płyty pt. „Mój Big-bit” wyrzekłam się własnych marzeń, bo robiłam to dla kogoś. Ta płyta powstała w hołdzie dla mojej mamy i dlatego przestałam do niej podchodzić  interesownie, nawet nie myślałam w tym momencie o sobie. Być może to jest przepis na to, żeby zrobić coś, nie robiąc nic… tzn. mieć takie poczucie. Myślę, że powinniśmy czynić dobro, nie czyniąc zła i robić to tak, żeby nikt tego nie zauważał. Płyta, którą stworzyłam była swego rodzaju wybuchem na rynku muzycznym. Nikt nie wierzył, że tym albumem coś zdziałam. Sama też nie wierzyłam, że zostanie on tak ciepło przyjęty przez słuchaczy. Akurat tak chciał los, że wróciła moda na lata 60’te, 70’te, i to wypaliło. Dziwiłam się, dlaczego w Polsce nikt wcześniej nie wykorzystał tego stylu, bo przecież tak naprawdę podstawą muzyki rozrywkowej w naszym kraju jest właśnie muzyka lat 60tych – Niemien, czy Czerwone Gitary. Uważam, że to jest nasz korzeń. Okazało się, że ludzie strasznie za tym tęsknili.  Ja oczywiście nie śpiewam big- bitu w taki sposób, jak tworzyli go w tamtych czasach,  tworzę bardziej neo-big-bit, inspirowany  współczesnością. W latach 60tych grali tę muzykę bardzo grzecznie, ja dodaję dość dużo rock’n’rolla, przez co mogę śmiało stwierdzić, że jest to po prostu mój big bit. Nie znam przepisu na sukces, pewne rzeczy robiłam intuicyjnie. Wyszło tak jak wyszło i tak miało wyjść, jestem z tego bardzo zadowolona.

Czujesz, tworząc muzykę, że Twoja mama rozpoczęła pewien etap muzyczny byś ty mogła go dokończyć?


Wiele osób podsuwa mi taką myśl. Sądzę, że jeśli pewna energia tutaj na ziemi została kiedyś przerwana w sposób bliżej nieuzasadniony, nieusprawiedliwiony to może tak faktycznie jest. Nic w przyrodzie nie ginie, istnieje zasada zachowania energii. Tego co się z nami stanie, dowiemy się po tym jak już nas nie będzie, sama też jestem tego bardzo ciekawa. Nurtuje mnie ta tajemnica. Życie polega na tym, żeby przeżyć je najlepiej jak się potrafi, trzeba być szczęśliwym, korzystać z tego, co daje nam świat, bo tak naprawdę nie wiemy co będzie jutro. Musimy wykorzystać swoją szansę. Ja czuję, że ją dostałam i staram się ją wykorzystać tak, jak najlepiej potrafię.

Skąd pomysł, by podjąć studia na wydziale  medycyny, a później psychologii? Przecież mało ma to wspólnego z twoją muzyczną duszą, to raczej odwrotność tego, co dzieje się na scenie. Większa samozachowawczość, odpowiedzialność


Byłam wychowywana przez lekarza – mojego wujka, w małym miasteczku Dzierzgoń. Wujostwo nie potrafiło mi pomóc muzycznie, bo sami nie są muzykami. Nie potrafili mnie ukierunkować, powiedzieć: „posłuchaj, ty powinnaś śpiewać, grać’”. Wujek ze względu na swój zawód przekazał mi to, co umiał najlepiej. Stwierdził, że może zainteresuje mnie medycyna. W pewnym stopniu tak się stało, ponieważ  jest bardzo ciekawą dziedziną. Skończyłam psychologię i muszę przyznać, że nie jestem lekarzem, ani farmaceutą, ale myślę, że jestem pewnego rodzaju lekarzem dusz, bądź pośrednikiem, leczę ludzi oraz samą siebie muzycznie. Wspieram się muzyką, a ta z lat 60tych, 70tych jest wyjątkowym okresem w muzyce rozrywkowej na całym świecie. Był on bogaty w zespoły, oraz barwne ptaki, takie jak Janis Joplin. Nigdy później nie wydarzyło się tak wiele jak w okresie ruchu hipisowskiego, dzieci kwiaty. To jest też opowiedz na pewne pragnienia i potrzeby ludzi, bo być może istnieje cykl, który jest powtarzalny. Kiedyś ludzie występowali przeciwko wojnom, zwracano uwagę na takie wartości jak miłość, przyjaźń, braterstwo, pokój i mam wrażenie, że dzisiaj się o tym przestało mówić, zapomniano o tym.  Może nadszedł znów taki zwrot, który wiąże się z latami 60tymi, 70tymi? Z tym okresem wiąże się również pewna ideologia.  Wierzę głęboko w to, że człowiek pragnie kochać i być kochany. To odwieczna prawda, o której warto ludziom przypominać. Wydaje mi się, że czasem o tym zapominają… Zapominają o tym, co jest tak naprawdę najprostsze, a zarazem najważniejsze…

Skąd fascynacja akurat klimatem big bit-owym, vintage-owym brzmieniem? Jest to podróż sentymentalna do czasów dzieciństwa, do wspomnień o mamie? Od zawsze grała w twoim sercu muzyka?


Wiesz co, okazuje się, że od zawsze grała mi w sercu muzyka, właśnie lat 60tych, 70tych, ponieważ sama z takiego domu pochodziłam. Pamiętam jak rodzice włączali płytę winylową,  puszczali taśmy z magnetowidu. Nie byłam całkiem oderwana, 7-letnie dziecko coś kojarzy i pamięta, więc ta miłość do muzyki została we mnie niewątpliwie zaszczepiona. Natomiast później to chyba wyniknęło z pewnego rodzaju buntu, niezgody, że zostałam sama i muszę się  z pewnymi rzeczami zmagać, a inne dzieciaki nie musiały. Ja też chciałam mieć mamę i chciałam normalne żyć. Moje życie wyglądało trochę inaczej, musiałam więcej rzeczy nadrobić, więcej zrozumieć, ale wyszłam na prostą. Drogę miałam krętą, ale poradziłam sobie, wróciłam na odpowiednie tory.

Co czułaś po wręczeniu tegorocznych Fryderyków, na których byłaś niekwestionowaną zwyciężczynią?


Sama nie wiem co wtedy czułam… To była mieszanka wybuchowa, długo po tym nie mogłam dojść do siebie. Ta chwila była magicznym i niesamowitym odczuciem, ponieważ dochodziłam do tego wszystkiego dość długo. Już naprawdę myślałam, że sobie odpuszczę i rozkręcę jakąś firmę, pójdę do normalnej pracy, może w ten sposób zacznę się realizować i przyniesie to namacalne efekty. W najmniej spodziewanym momencie wszystko wypaliło, cała moja praca nad płytą została doceniona i nagrodzona Fryderykami. Powiem Ci szczerze, że ludzie nie wierzą w magię życia, nie potrafią wyobrazić sobie, że z beznadziejnej sytuacji może się wszystko totalnie odwrócić. To jest właśnie życie, które jest niesamowite. Mogą się zdarzyć takie historie, które nagle odmienią nasz los, dostaniemy propozycję, na którą czekamy z nadzieją, będziemy siedzieli w domu załamani, bezsilni, bo cały świat jest nastawiony przeciwko nam, wydarzy się coś złego, a w jednej chwili nasza obecna sytuacja zostanie odczarowana. Kilka dni temu jadąc na koncert  zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, w pobliżu błąkał się porzucony i przestraszony pies. Przygarnęłam go, bez chwili wahania. Moja przyjaciółka powiedziała, że Johny wygrał los na loterii, że znajda nie miała szans na przetrwanie, a jednak nasze ścieżki się ze sobą zeszły. Myślę, że wiele innych ludzi pomyślałoby sobie, po co mi ten zwierzak, przygarnie go ktoś inny. Niedługo po tym zadzwoniła do mnie któraś z dalszych znajomych i stwierdziła, że niepotrzebna mi jakaś znajda, zasugerowała, że może powinnam kupić sobie jakiegoś świetnego psa, bo teraz to jestem artystką na poziomie. Nie rozmawiałyśmy wtedy zbyt długo, wiadomo dlaczego. Ja sądzę, że powinno być właśnie na odwrót, ponieważ jeśli mam warunki na to, by pomóc innej istocie, to robię to, bez chwili namysłu. Może właściwa jest wiara w reinkarnację i w naszym następnym życiu będziemy psami czy kotami, dlatego powinniśmy żyć wszyscy w wielkiej komitywie i jedności, przynajmniej ja tak uważam. Każdy z nas jest wyjątkową jednostką i zasługuje na szacunek, ale nie zapominajmy o tym, że razem tworzymy całość, pewien system, który jeśli nie współgra ze sobą, to rodzi się duże nieszczęście na świecie.

Skąd wziął się tak sławny ruch sceniczny Ani Rusowicz, który towarzyszy tobie w momencie, gdy zaczyna rozbrzmiewać muzyka? Powstał on na potrzeby koncertów, by wkomponować się w ich klimat?


Znikąd. On taki jest. On po prostu taki jest…

Jest już pomysł na kolejny krążek? Istnieją jakieś zarysy, marzenia dotyczące dalszej ścieżki muzycznej?


Tak. Jest już większość piosenek, powstały fajne teksty. Nadchodząca płyta będzie się troszeczkę różniła od poprzedniej. Powiem Ci szczerze, że nie zamierzam oszukiwać ludzi i nagrywać teraz albumu w innym klimacie, np. electro, to nie jest moim celem. To, co robię i tworzę jest jak najbardziej serio i na poważnie.

Na Twoim przedramieniu dostrzegłem dość trudny do odczytania tatuaż. Symbolizuje coś konkretnego?


Tak, to jest moja osobista wyspa szczęścia. Na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale przedstawia on fale, słońce i morze. Zawsze w chwilach słabości, bezsilności i smutku udaję się na moją „wyspę wiecznej szczęśliwości”.

Jaki jest twój sposób na relaks? Gdzie najchętniej spędzasz czas między koncertami i nagraniami w studiu, i co najchętniej w tych momentach robisz?


Bardzo różnie. Często jest tak, że nie mam koncepcji na odpoczynek, ponieważ jest mało czasu i muszę szybko, a zarazem efektownie korzystać z wolnej chwili. Mieszkając w Warszawie uwielbiam to, że miasto daje mi dużo możliwości –  mam ochotę pójść na masaż tajski, to na niego idę, chciałabym odprężyć się w parku, na rowerze, to wsiadam na ten rower i jadę. Jak na razie, to mam pojedyncze momenty na to, żeby wykorzystać czas na wypoczynek. Istnieje ciche marzenie, żeby wybrać się w listopadzie, albo w grudniu na dłuższy odpoczynek, ale jeszcze nie wiem gdzie to będzie. Natomiast najszybciej relaksuję się w sposób taki, że włączam w swoim domu jakąś starą płytę winylową, biorę do ręki dobrą książkę, jakaś biografia Hendrix ‘a, a niebawem ukaże się Lennon ‘a, włączam sobie muzyczkę, zapalam fajną świeczkę. Nie muszą być to wygórowane wymagania, naprawdę. Najważniejsze, by znaleźć spokój wewnętrzny, wyciszyć się.

Jak poradziłaś sobie z przykrą sytuacją, która zaistniała na początku stycznia 91 roku? Kiedy w jednym momencie najważniejsza i najbliższa osoba – mowa tu o twojej mamie, odchodzi, a ojciec odwraca się, milczy, staje się obojętny?


Wiesz, ja sobie z tym nie poradziłam, ponieważ z takimi rzeczami nie można sobie poradzić. Można nauczyć się z tym żyć, warto nauczyć się z tym żyć, warto wybaczyć, ale jest to bardzo trudne… Trzeba próbować też z myślą o sobie, jeżeli ktoś miał ciężkie dzieciństwo. Kiedyś usłyszałam, że ryzykuję opowiadając o swoim życiu, lecz tak naprawdę powiedziałam tylko o pewnych faktach, bo akurat tak wygląda moje życie, więc dlaczego mam się go wstydzić? Straciłam mamę, nie wychowywał mnie ojciec, takie są fakty. Ludzie mogą być zbulwersowani, ponieważ nie jest to naturalna sytuacja, że takie rzeczy się zdarzają. Natomiast wydaje mi się, że mnóstwo ludzi ma innego rodzaju problemy, to są ich osobiste tragedie. Ktoś może mieć ojca alkoholika, ciężką sytuację w domu i wydaje mi się, że w każdej tego typu sytuacji warto wziąć sprawy w swoje ręce i pomóc sobie- skorzystać z terapii, zainwestować w siebie. Wiele osób sądzi, że terapia jest dla chorych, myślą- „przecież ja nie jestem świrem”. Trzeba to zrobić dla siebie, wyłącznie ze zdrowego egoizmu.

Wiele przeszłaś, raz było lepiej, wszystko dobrze się układało, innym razem gorzej, świat walił się na głowę i brutalnie dotykał najczulszych aspektów życia. Co dla tak doświadczonej kobiety jest teraz najważniejsze?


Dla każdej doświadczonej, jak i niedoświadczonej kobiety zawsze najważniejsza jest i będzie miłość.

Zmieniłabyś coś w swoim życiu, bądź powtórzyła chwilę, która trwa w twej pamięci do tej pory?

Wolę nie myśleć nad tym, czy chciałabym coś powtórzyć, czy też nie.  Myślę, że nie warto. Życie toczy się dalej, może też nie trzeba wybiegać w zbyt daleką przyszłość? Trzeba żyć tu i teraz, skupić się na swoich potrzebach, być przy sobie, przy swoich uczuciach, swoich emocjach, bo wtedy jesteśmy innymi ludźmi.  Jeśli  rozumiemy własne uczucia, to potrafimy też zrozumieć uczucia innych…


WYWIAD OPUBLIKOWANO NA PORTALU: COOLTURALNI24.PL

niedziela, 10 czerwca 2012

CZEŚĆ, TO JA...WYWIAD Z ANIĄ WYSZKONI!





Ania Wyszkoni (ur. 21 lipca 1980 roku w Tworkowie na Górnym Śląsku) - wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów. Przez 14 lat była związana z zespołem Łzy, lecz od 2009 roku podąża własną muzyczną drogą. Właścicielka czterech Platynowych i dwóch Złotych Płyt. Jej solowy album „Pan i Pani” uzyskał status Platynowej Płyty przekraczając nakład 40 tys. egzemplarzy. W 2011 roku Ania wystąpiła w koncercie TOP festiwalu Top Trendy plasując się na 6. miejscu listy sprzedaży płyt w Polsce w 2010 roku. W jakim momencie życia i twórczości jest teraz Ania? Zapraszam na wywiad.


Maciej Zielinski: Witaj Aniu, dziś spotykamy się w zupełnie innych okolicznościach niż dotychczas, chciałbym poznać Ciebie z trochę innej strony. Z tego, co widzę – przed jak i po ciąży wcale się nie zmieniłaś, wciąż tryskasz energią, jesteś uśmiechnięta i sprawiasz wrażenie kobiety spełnionej. Jaki jest przepis na szczęście  w wydani Ani Wyszkoni- piosenkarki, autorki tekstów i artystki?

Ania Wyszkoni: Przepisem na szczęście jest miłość. Kiedy człowiek jest zakochany, wtedy zawsze emanuje pozytywną energią.  Mam to szczęście, że to uczucie towarzyszy mi od kilku lat, więc jestem kobietą szczęśliwą, poza tym tak jak powiedziałeś- jestem spełniona, bo mam fantastyczną rodzinę, robię to, co lubię, czyli śpiewam, a zostało mi to dane od losu, że mogę stać na dużej  scenie i występować  dla ludzi.  Niczego w życiu mi nie brakuje, ale przyznaję, że zdarzają mi się również chwile słabości,  momenty  smutne, melancholijne… Różnie to bywa w życiu, jak w życiu każdego z nas.

Słowo miłość w dzisiejszych czasach jest bardzo szeroko i różnorodnie pojmowane. Czym według Ciebie jest to uczucie? Przecież tak wiele o nim mowa na Twojej solowej płycie.
Miłości nie można zdefiniować. Jej urokiem jest to, że każdy odczuwa i interpretuje  ją na swój sposób.  Jest ona  bardzo szerokim uczuciem, bo  przecież może towarzyszyć relacjom z mężczyzną, z przyjacielem. Bezwarunkowa jest miłość do rodziców, a najpiękniejsza miłość do dziecka. Nie da się jej opisać i to w miłości jest najcudowniejsze. Powstały już miliony piosenek o miłości, a temat ciągle jest otwarty, niewyczerpany.
Idealnym rozwiązaniem na spełnienie w związku  jest obecność Twojego partnera w Waszej wspólnej pracy?
Jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Nie ma rozwiązań idealnych. Muzyka jest naszą wspólną pasją i potrafimy o niej rozmawiać, potrafimy się razem inspirować i wspólnie iść do przodu. Poza tym bardzo ważne jest zrozumienie, a chyba trudno byłoby mi oczekiwać go od kogoś, kto nie ma z tą branżą nic wspólnego.  Moje ciągłe wyjazdy, praca nad płytą, praca w studiu, wyjazd na koncert, wyjazdy promocyjne… w naszym związku nie stanowi to żadnego problemu, bo podróżujemy razem. W innym przypadku wiązałoby się z ciągłą rozłąką, a ta nie służy budowaniu związku i zaufania.  Poza tym mój sukces jest naszym wspólnym sukcesem. Cieszymy się nim podwójnie.

Skąd czerpiesz inspiracje do tworzenia tekstów? Czy napisałaś kiedykolwiek utwór, który był tak osobisty, że nie odważyłaś się go nagrać i dołączyć do listy piosenek na płycie?
Nie, takiego utworu nie było (śmiech). W każdym utworze daję ludziom cząstkę siebie. Tylko dzięki temu jestem wiarygodna. Teksty, których jestem autorką, są bardzo osobiste. Zawsze rodzi je myśl, która jest następstwem jakiegoś zdarzenia w moim życiu. Wszystkie słowa, które śpiewam płyną prosto z mojego serca i dlatego słuchacze czują szczerość w moich piosenkach.
Jeśli mowa o płycie pt. „PAN I PANI”, która okazała się ogromnym sukcesem, a zarazem  zaskoczeniem dla dotychczasowych fanów „Ani z ŁEZ”,  która była buntowniczką i rockmenką  to powiedz proszę jaki jest pomysł na nowy krążek? Jak długo jeszcze na niego poczekamy? W jakim klimacie będzie osadzony i czym nas zaskoczy?
Hmmm… O muzyce bardzo trudno jest opowiadać – muzyki trzeba słuchać. Nie potrafię jednoznacznie określić kierunku muzycznego na kolejnym krążku. Płyta na pewno będzie zróżnicowana, tak jak pierwszy album. Pracuję z różnymi twórcami. Na nowej płycie znajdą się między innymi kompozycje Roberta Gawlińskiego, Mikisa Cupasa, Bogdana Kondrackiego i moje. Premiera planowana jest na jesień, więc już niedługo. Od wydania  płyty „Pan i pani” minęły trzy lata. W tym czasie w moim życiu nastąpiło wiele zmian. Musiałam poukładać myśli, dojrzeć do kolejnego albumu. Ten czas nadszedł i prace nad nowymi piosenkami są już bardzo zaawansowane.
W pewnym momencie  życia zmieniłaś dość radykalnie swój wizerunek- przefarbowałaś włosy, zmieniłaś  fryzurę i styl ubioru, czym to było spowodowane i czy sama  zaplanowałaś  wszystko od A do Z?
Niektóre rzeczy dzieją się dość spontanicznie. Trzy lata temu, kiedy wydawałam płytę „Pan i pani” bardzo chciałam diametralnie coś zmienić. Potrzebowałam wyrazistej fryzury i byłam otwarta na propozycje stylistów. Kiedy mój  fryzjer zaproponował mi krótkie rude włosy po prostu się zdecydowałam i dwie godziny później byłam już „marchewką”.
Bałaś się w momencie, kiedy zakończyłaś współpracę z zespołem  ŁZY  o to, jak publiczność  przyjmie nowy album, czy dasz sobie radę idąc zupełnie nieutorowaną ścieżką kariery  solowej?
To było trochę inaczej.  Nagrywając solowy album jeszcze śpiewałam ze Łzami i wtedy nie miałam w planach odejścia z zespołu. Chciałam po prostu stworzyć coś swojego, coś zupełnie innego od tego, co robiłam przez dziesięć lat z zespołem Łzy i ten plan realizowałam. Dzisiaj wydaje mi się, że sukces tej płyty był powodem wielu konfliktów w zespole. Podczas pracy nad nowymi piosenkami Łez nie mogliśmy się już dogadać. Ja chciałam się rozwijać, pracować inaczej, otworzyć się na innych twórców, producentów. Zespół nie widział takiej możliwości, więc nasze drogi się rozeszły. Dobrze się stało, jestem dzisiaj dużo bardziej spełniona artystycznie.
Co czujesz obserwując tłum fanów z perspektywy sceny,  tysiące oczu wpatrzonych w Ciebie jak w ich idola i gwiazdę? Czy bardziej cieszy Cię ich zasłuchanie, to jak spijają każde słowo z twoich ust, kontemplując jego znaczenie czy dobra zabawa przy Twojej muzyce?
I to i to jest bardzo satysfakcjonujące. Jako młoda dziewczyna bardzo chciałam, żeby publiczność dobrze się bawiła na moich koncertach, to mi wystarczało. Od pewnego czasu doceniam to, że ludzie przychodzą na koncert, żeby posłuchać tekstów, wczuć się w klimat naszej muzyki, że zwracają uwagę na moją wrażliwość. Z kolei na koncertach plenerowych, gdzie wiele osób ogląda i słucha mnie po raz pierwszy, mam ogromną satysfakcję ze zdobywania nowych odbiorców. To inny rodzaj koncertów, niż te w salach i na bilety, ale publiczność jest tak samo wdzięczna i oddana. Odczuwam to po każdym spotkaniu z ludźmi po koncercie. Wierzę, że szczerość i energią, którą z siebie daję, wraca do mnie w postaci kolejnych fanów. Po każdym koncercie odbieram mnóstwo oznak sympatii ze strony mojej publiczności i to jest najbardziej satysfakcjonujące w mojej pracy.
Jest taki artysta, z którym chciałabyś stanąć na jednej scenie?
Oczywiście, że są tacy artyści. Mam ciche marzenia, związane z  artystami  światowego formatu, ale mam też duże szczęście, że na naszym polskim rynku  wystąpiłam z prawie wszystkimi artystami, z którymi bardzo chciałam stanąć na jednej scenie. Ostatnio zaśpiewałam w fantastycznym duecie z Piotrem Cugowskim. Uważam, że to najlepszy polski głos męski. Piotrek zaśpiewał gościnnie na jednym z moich koncertów. Znalazłam się również na jednej scenie z Markiem Jackowskim z zespołu Maanam, który jest legendą polskiego rocka.  To są ludzie których kiedyś podziwiałam w telewizji, a teraz  współpracujemy razem, przyjaźnimy się.  To jest naprawdę niezwykłe, magiczne uczucie.
Jak najchętniej spędzasz czas wolny?- Wyciszasz się między koncertami, spędzasz te momenty w spokoju, atmosferze relaksu,  czy może wolisz aktywnie korzystać z tych chwil?
Ostatnio jestem tak pochłonięta moją córką, że zapominam o całym świecie. Po powrocie do domu jestem skupiona na rodzinie. Dużo czasu poświęcam oczywiście Poli i  Tobiaszowi. To moje dwa największe skarby. Kiedy mam już chwilę dla siebie, lubię  włączyć sobie głośno muzykę albo posiedzieć w absolutnej ciszy. To ważne, żeby w natłoku zajęć i obowiązków zawodowych, znaleźć czas dla siebie. Przyznaję, że miałam go ostatnio trochę mało, ale mając w domu takie szczęście nie czuję w tej kwestii niedosytu.
Słowa klucze, które najlepiej charakteryzują Twoją osobowość  to?…
Miłość, spełnienie, melancholia, radość i szczerość.
O czym tak właściwie marzyła kilkunastoletnia  Ania?
Dokładnie o tym, co robi teraz. Naprawdę.
Na sam koniec zadam Ci pytanie podsumowujące- na co stawiasz – SPRITE czy PRAGNIENIE?
(Śmiech) To powinna być spontaniczna odpowiedz, ale zaskoczyłeś mnie do tego stopnia, że muszę się zastanowić.  Sprite.
Ponieważ?
Pragnienie jest  głodem, a ja chciałabym zawsze potrafić ten głód zaspokoić…  i dlatego Sprite.
Aniu, pozostało mi bardzo serdecznie podziękować Tobie za rozmowę. Było mi niezmiernie miło spotkać się z tak pozytywną osobą jak Ty. Życzę Ci dużo zdrowia, nieustannego  szczęścia w miłości, pasma sukcesów  na ścieżce artystycznej  i uśmiechu, którym obdarowujesz słuchaczy,  bo dzięki temu ich życie staje się weselsze… Jeden uśmiech potrafi naprawdę zdziałać cuda…
Dziękuję, było mi bardzo miło Maćku.

Wywiad opublikowano na portalu COOLTURALNI24.PL


                                             BLUZAALOHA FROM DEER