wtorek, 28 listopada 2017

KASIA KOWALSKA BEZ PRĄDU



W poniedziałkowy wieczór poznańska Aula Uniwersytecka wypełniona została po brzegi widownią, wszystko za sprawą akustycznego koncertu Kasi Kowalskiej. Do teraz rozbrzmiewa w moich uszach charakterystyczna, gitarowa muzyka, a pod nosem wciąż nucę jeden z moich ulubionych tekstów

"...mogę zwątpić w to, co dzieje się
kiedy każesz mi dążyć
tam gdzie jest niepewny cel
może nie chcę w taki sposób żyć

nie chcę być twoim grzechem 
który wolisz z siebie zmyć"

Nie zabrakło sensualnych ballad, dzięki którym można było wrócić do obrazów z przeszłości, artystka "odkurzyła" dawne numery i zaprezentowała je w nieco innej, akustycznej odsłonie. Podczas utworu "A to co mam", w gęstniejącym powietrzu można było wyczuć napięcie, oddech publiczności, skupienie...Wszystko za sprawą przenikającego głosu Kasi i gitar w tle. Mogę śmiało stwierdzić, że był to najbardziej intymny moment wieczoru. Prócz nostalgicznych numerów pojawiło się sporo szalonych dźwięków. Ze sceny popłynęło "Coś optymistycznego", "Wyrzuć ten gniew" czy "Antidotum". Początkowo zachowawcza i spokojna publiczność (podejrzewam, że to ze względu na zobowiązujące miejsce) szybko dała się ponieść emocjom, a Kowalska przyprawiła smak koncertu solidną dawką "Pieprzu i soli". Usłyszeliśmy też ostatni, hipnotyzujący singiel zatytułowany "Aya". Odchodząc na chwilę od muzyki, chciałem zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię... Podczas całego koncertu miałem wrażenie, że artystka chce nam wykrzyczeć żebyśmy żyli chwilą, zostawili za drzwiami sali koncertowej problemy i codzienne myśli, bawili się razem z nią. Zależało jej na tym, by zachować z tego spotkania to, co najlepsze, odłożyć telefony i cytując- "nie siedzieć na fejsie".
To był wyjątkowy wieczór, pełen skrajnych emocji. Ponad 20 lat na scenie to szmat czasu, dorobek artystyczny Kasi pozwoliłby na granie przez kolejne godziny, brakowało mi tylko wisienki na torcie w postaci utworu "Jak rzecz".

Może następnym razem?


                                                                                        fot. maciej zielinski 
























































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

COMMENT